Celta Vigo nie patyczkowała się z Barceloną, tylko postawiła twarde warunki, narzuciła zawrotne tempo gry, piłkarze z Balaidos włożyli w ten mecz z gigantem hiszpańskiego futbolu tyle wysiłku, że trudno zakładać, by w kolejnych spotkaniach walczyli na boisku z taką pasją. Intensywność tej ekscytującej rywalizacji przeszła najśmielsze oczekiwania, Barca poległa z kretesem. 1:4 to dla niej wynik kompromitujący, ale w drugiej połowie starała się odrobić straty, jednak na tak dysponowaną drużynę z Vigo nie było sposobu.

Agresywna gra, wysoki pressing, futbol w stylu Marcelo Bielsy. Celta grała z grubsza tak, jak Rayo Vallecano, tyle że miała więcej szczęścia niż piłkarze Paco Jemeza, oni regularnie dostają baty od potentatów, Celta Barcę ośmieszyła. W drugiej części spotkania Messi z Neymarem tworzyli zagrożenie pod bramką rywali, ale nic nie chciało wpaść. Nawet beznadziejny tradycyjnie Suarez miał swoją szansę, także Pique, bramka Celty była jednak tego dnia zaczarowana. Urugwajczyk oczywiście bał się piłki, jest ponoć silny jak tur, a wszystkie pojedynki przegrywał. Cała Barcelona była ospała, natomiast gracze Celty wręcz niezmordowani. Nolito, zaimponował mi ten facet. Proszę zapamiętać to nazwisko na dłużej, strzelił kapitalnego gola, otwierającego wynik tego meczu, a w dalszej części gry nieustannie niepokoił piłkarzy Luisa Enrique swoją aktywnością. Po tym lewym skrzydle biegał jak szalony, bywał i na prawym, rzecz jasna także strzelał na bramkę. Piekielnie trudny do upilnowania gość.

Jestem oczarowany popisami Celty, naprawdę. Doskakiwali do graczy Barcelony momentalnie. Niezdecydowanie Gerarda Pique sprawiło, że strzelili drugiego gola, później poszła kolejna kontra i w konsekwencji padł gol numer trzy. W drugiej części spotkania Barcelona była kompletnie rozklejona, gdzie się podziała ta wspaniała drużyna z ubiegłego sezonu. Katalończycy rzucili wszystkie siły do ataku i stworzyli sporo okazji, ale też Celta się odgryzała. Była to typowa jazda bez trzymanki, drużyna klasy Barcy nie powinna decydować się na coś obciążonego tak dużym ryzykiem, taka gra bowiem może spowodować pogrom, no i stało się, Enrique i jego piłkarze przeżyli koszmar.

Pamiętam mecz z ubiegłego sezonu, w którym Real wygrał po podobnym przebiegu rywalizacji z Celtą, wtedy gole dla Królewskich strzelał jeszcze Chicharito. Wówczas Celta zagrała identycznie, tyle że Real był skuteczniejszy pod bramką rywali. Barcelonę tymczasem dopadła strzelecka impotencja, poza tym Celta nie zasłużyła na porażkę. Jej gra przypomina odrobinę to, co zaszczepił swoim piłkarzom Diego Simeone. Analogie kończą się jednak na poświęceniu i woli walki, bo gra Celty jest znacznie bardziej porywająca. To jest dziki, spontaniczny futbol. Barcelona na razie nas zanudza, niby skończyła z tym jałowym, bezproduktywnym ''klepaniem'', a jednak nie może się odnaleźć w nowym sezonie.

Barcelona i Celta pokazały, że futbol jest dla kibiców. W pierwszej połowie meczu na Balaidos Barca została zdominowana, gracze Enrique nie wiedzieli co się dzieje, ale po przerwie ocknęli się, poszli na wymianę ciosów i choć ich ataki były bardziej przemyślane, to szaleństwo wygrało, ta spontaniczność, radosny futbol Celty Vigo.

Barcelonie brakuje kreatywności w środku pola, prawie wszystkie sytuacje bramkowe były owocem współpracy Leo Messiego i Neymara, Celta z kolei swoją determinacją na jakimś kompletnie niewyobrażalnym poziomie zmiażdżyła dumnego kolosa.

To niepokojące, że Barcelona coraz częściej doznaje klęsk. Porażka w Bilbao wywołała lawinę krytyki. Ale katastrofa w Vigo może być sygnałem do głębokich zmian w drużynie. Sprzedaż Pedro okazała się ogromnym błędem, pole manewru zostało zawężone do maksimum. W odwodzie Luis Enrique ma tylko Munira i Sandro, dzisiaj kiedy ten pierwszy pojawił się na boisku, można było wybuchnąć śmiechem, zdaniem trenera to miało być wzmocnienie siły uderzeniowej Barcy. Jakże się mylił. Dziury w obronie Celty to jedno, ale jeśli tylko Messi i Neymar mają jakieś przebłyski, trudno myśleć o zwycięstwach, a już gdy przeciwnik jest tak zdeterminowany i pełny chęci do gry, jest to mrzonka.

Bez radykalnych ruchów Barcelona może spisać ten sezon na straty. To, co dzisiaj wyprawiali obrońcy z Camp Nou na Balaidos wołało o pomstę do nieba. Wyrwy w obronie, ostatni defensorzy ustawieni na połowie przeciwnika i taka skrajna nieodpowiedzialność poskutkowała golem, a powinna dwoma. Gracze ofensywni rozkręcają się powoli, szkoda tylko, że ledwie dwaj... Guardiola kiedyś uczył Barcę, by wywierała presję na rywali, naciskała na nich, ale dziś Katalończycy czekają na ruch rywala, przeciwko Celcie nie zamierzali podejść bliżej, więc w ich formacji defensywnej siłą rzeczy powstawał zamęt. Celta bowiem zaskakująco szybko wymieniała te serie podań i Pique czy Alves tracili głowy. Niech w szatni tej drużyny padnie kilka męskich słów, niech Leo Messi zacznie angażować się w grę w destrukcji, bo fani Barcy z lubością wytykają to Cristiano Ronaldo, a ich as nie jest pod tym względem lepszy. Niech ktoś zmusi Neymara do większego wysiłku, bo to, że do gry włączył się przeciwko Celcie dopiero pod koniec pierwszej połowie, to coś dziwnego. Tym bardziej, że w drugiej odsłonie rywalizacji zaprezentował się poprawnie, jak na tę fatalną drużynę, pozbawioną werwy grupę piłkarzy przecież znakomitych.

W ubiegłym sezonie Luis Enrique popracował nad grą w obronie, Barca nie traciła taśmowo goli po stałych fragmentach gry, Asturyjczyk zatrudnił w klubie speca od koszykówki, który na wzór basketu wprowadzał formuły zachować przy zagraniach ze stojącej piłki. Dzisiaj obrona Barcelony nie jest jednak spójną formacją, tylko zdezorganizowaną i pełną chaosu. Gerard Pique zamiast skupić się na futbolu, na każdym kroku stara się obrażać Real Madryt. Kiedyś Barca miała charyzmatycznego lidera bloku defensywnego w osobie Puyoloa, dziś nikt nie ma aspiracji, by koordynować działania obronne. Andres Iniesty przeciwko Celcie zanotował mnóstwo karygodnych strat, nie był też zbyt kreatywny, Xavi postanowił odejść w glorii bohatera, Don Andres najwyraźniej pragnie narazić się na złą sławę. Sergi Roberto wystawiany w pomocy jest bezużyteczny, takie posunięcie trenera ociera się o desperację. Dobrze, że Barcelona ma chociaż Leo Messiego, a nie Cristiano Ronaldo, bo Argentyńczyk zawsze jest w stanie coś wyczarować na boisku.

Aspas i Nolito wstrząsnęli wczoraj Barceloną, jak przed laty piłkarze Jose Mourinho. To była demolka, zrównanie Katalończyków z ziemią.

Copyright © 2024 - Sport okiem młodego adepta sztuki dziennikarskiej